Loading the content... Loading depends on your connection speed!

Masz pytania? Zadzwoń: +48 503 305 561
Koszyk - 0.00 
couponslay

„Po takich doświadczeniach trudno zachować spokój”

Autorką tego wpisu jest Angelika, którą znacie już z postu pt. „Gdy czasem mnie poniesie i powiem o słowo za dużo…”. Link do niego znajdziecie na końcu tego artykułu. Angelika pisze o bardzo trudnych doświadczeniach i bolesnych związanych z rodzicielstwem. Wiele z nas doświadczyło niestety straty dziecka, jeszcze przed jego urodzeniem. Myślę, że wielu rodziców cierpiało nie tylko z powodu poronienia. ale również porodu przedwczesnego. Nie można tych uczuć wypierać, udawać, że nic się nie stało… Warto dopuścić do świadomości uczucia bólu, bezradności i rozpaczy. Przeżyty dobrze czas żałoby zabezpiecza nas przed pojawieniem się depresji, pomaga skrócić czas potrzebny na przepracowanie trudnego doświadczenia i pójście dalej. Historia Angeliki i Piotra ma swój radosny i szczęśliwy dalszy ciąg. Tak będzie i w Twoim życiu. Czas radości i dobrych doświadczeń wróci. A teraz Angelika ma głos…

Od zawsze chciałam być mamą. Po prostu to wiedziałam. Z mężem nie mieliśmy wątpliwości co do tego, że naszym wspólnym pragnieniem jest rodzicielstwo. Po ślubie chcieliśmy trochę czasu spędzić tylko we dwoje, nacieszyć się tym wyjątkowym czasem – tylko on i ona. Przyszedł jednak moment, kiedy wiedzieliśmy już, że jesteśmy gotowi. Rozmyślając o tym czasie pamiętam prócz podekscytowania także wątpliwości – czy dam radę, to przecież taka poważna decyzja. Dziecko będzie już zawsze. Czy NAPRAWDĘ tego chcemy? To, że jestem w ciąży podejrzewałam od pierwszych dni. Wcześniej prowadziłam wnikliwą obserwację swoich cykli i od razu po zapłodnieniu CZUŁAM, że coś jest inaczej. Czułam te zmiany. Czułam moje dziecko przesuwające się w jajowodzie. Czułam ból implantacyjny, który był bardzo słodki i radosny. Podszyty jednak niepewnością, czy to na pewno to? Intuicja podpowiadał mi jednak, że tak. Komplet objawów wczesnej ciąży miałam jeszcze przed pozytywnym testem ciążowym. To, że jestem w ciąży jasno wynikało także z mojego wykresu temperatury i innych obserwacji. Ale potrzeba nam było namacalnego dowodu – testu – tych magicznych dwóch kresek. Test zrobiłam w niedzielę z samego rana, zaraz po wstaniu z łózka. Z testem, bez wyniku wróciłam do sypialni i razem z mężem czekaliśmy. Po kilku minutach spojrzałam na test – JEST! JEST CIĄŻA! Kreska testowa była blada, ale wyraźna. Z drżeniem w sercu, lekko unosząc się nad ziemią poszliśmy na niedzielną Mszę Świętą. Podczas Komunii Św. Szafarz podał mi dwie Hostie. Jedna z nich upadła na ziemię. Podniosłam ją i spożyłam. Wiedzieliśmy, że to był znak dla nas, że faktycznie pod moim sercem rośnie nasze pierwsze dziecko. Jednak poczułam wtedy niepokój – dlaczego Hostia upadła? Starałam się o tym nie myśleć.

12939077_10208761090974611_1111449872_nObjawy ciąży nasilały się. Czułam, że będziemy mieć córeczkę – Alicję. Przekonanie o tym, że naszym dzieckiem jest dziewczynka było tak silne, że nie miałam co do tego najmniejszych wątpliwości. Zawsze pragnęłam mieć syna a teraz wiedziałam, że jest ze mną moja mała dziewczynka i byłam z tego powodu przeszczęśliwa! Zbliżały się urodziny męża podczas których chcieliśmy poinformować wszystkich o tym, że powiększa nam się rodzina. W dniu przewidzianej imprezy urodzinowej, na kilka godzin przed jej rozpoczęciem zaczęłam plamić. Szybko wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do szpitala w Gliwicach. Jadąc samochodem tłumiłam płacz. W szpitalu nie mogłam wydusić z siebie słowa. Trafiłam na okrutnego lekarza – bezdusznego, oschłego. Zbadał mnie i nic nie mówił. Wyszedł z gabinetu a ja musiałam domyślać się, że mam iść za nim na badanie USG. Mąż umierał ze strachu i niepokoju pod drzwiami. Na USG podekscytowana czekałam na obraz mojej dziecinki, wiedziałam, że powinnam już zobaczyć zarodek z bijącym sercem. Zobaczyłam jajo płodowe. Lekarz zmierzył je, podał wymiary, nie skomentował. Powiedział, że ciąża będzie albo nie będzie. Nie przepisał żadnych leków na podtrzymanie bo jak to określił – nie jest zwolennikiem takich działań. Musiałam prosić go o otrzymanie zdjęcia naszego dziecka. Nikomu nie życzę spotkania tak oschłego lekarza! Mój mąż do teraz wspominając go zaciska mocno pięści. Wróciliśmy do domu i staraliśmy się uspokoić. Za chwilę mieli przyjść goście. Mieliśmy przygotowanego szampana (prawdziwego, z Szampanii!) i gdy rodzina była w komplecie ogłosiliśmy naszą radosną nowinę. Wszyscy gratulowali nam i cieszyli się, jednak w moim sercu już zamieszkał niepokój.

12910133_10208761091014612_940951427_n

Następnego dnia mój mąż musiał wyjechać, wracał dopiero późnym wieczorem. Pojechałam odwiedzić rodziców a będąc u nich zobaczyłam, że plamienie przerodziło się w krwawienie. Szybko wsiadłam w samochód i pojechałam do szpitala. Tam, na szczęście, czekała na mnie lekarka bardzo ciepła i życzliwa. Wyjaśniła, że krwawienie może, ale nie musi oznaczać cos niepokojącego. Robiąc USG od razu zauważyła, że jajo płodowe jest o 2 tygodnie za małe, niż wynikało to z moich obliczeń. Lekarka widziała jeszcze szansę w tym, że owulacja mogła się opóźnić, jednak ja wiedziałam dokładnie kiedy zaszłam w ciążę – moje obserwacje były bardzo skrupulatne. Wiedziałam już wtedy, że nasze dziecko nie rozwija się prawidłowo. Późnym wieczorem wrócił mój mąż. Wtedy pierwszy raz widziałam jak płacze. Po około godzinie poroniłam – widziałam jajo płodowe w którym gdzieś była nasza malusieńka córeczka. Próbowałam jeszcze pielęgnować w sobie nadzieję, że może to nie było poronienie, że może jest jeszcze szansa. Następnego dnia poszłam na badanie bHCG. Kolejka była strasznie długa. Stałam w niej płacząc, ale nikt mnie nie przepuścił. Po badaniu prosiłam pielęgniarkę, aby udostępniła mi wyniki jeszcze tego samego dnia – czekanie, każda minuta było dla mnie straszliwą męczarnią. Ona pobłażliwie powiedziała, że przecież spokojnie mogę poczekać do jutra. I że mam się nie martwić, że wszystko będzie dobrze… Pojechałam od razu do mojego lekarza ginekologa. Po badaniu wszystko stało się jasne – dziecka już z nami nie ma. Obraz USG pokazywał pustą macicę. „Poroniła pani”. Lekarz złapał mnie za rękę i przytulił. Podniósł na duchu i wytłumaczył, że poronienia w tak wczesnym stadium są bardzo częste. I ze gdybym nie obserwowała siebie to pewnie nawet bym nie zorientowała się, że jestem w ciąży. Wiele kobiet w taki sposób, nieświadomie, traci swoje dzieci. Zapewnił, że przyczyna zwykle nie leży w mężu czy żonie tylko w powadze i stopniu skomplikowania tego cudownego procesu zapłodnienia – błędy często się zdarzają. Podniesieni na duchu wróciliśmy do codzienności. Lekarz nie widział przeciwskazań w rozpoczęciu starań od bieżącego cyklu. Pierwszy cykl po poronieniu okazał się bezowulacyjny, drugi bezowocny ale trzeci… zaowocował dwiema kreskami na teście. Niestety od momentu uzyskania pozytywnego testu plamiłam. Znów trafiłam do szpitala, znów do lekarza ale okazało się, że w macicy nic nie ma, jedynie malusieńki cień… ale czego? Plamienie nie ustawało. Badanie bHCG wykazywało prawidłowy przyrost a następnie zaczęło spadać. Jednocześnie podczas badania lekarz wykrył na moim jajniku torbiel. Przy braku obrazu ciąży na USG i pozytywnym wyniku bHCG spadło na mnie widmo złośliwego guza jajnika… jednak w głębi duszy wiedziałam, że byłam w ciąży, która obumarła w bardzo wczesnym stadium. Plamiłam bardzo długo, aż w końcu w weekend majowy poroniłam. Po poronieniu plamiłam przez miesiąc. Guz w jajniku rósł, a plamienie nie ustawało. Pojechaliśmy z mężem do Częstochowy i tego samego dnia wieczorem plamienie ustało. Po kilku dniach dostałam normalną miesiączkę.

12903543_10208761082854408_383331099_o

Kilka miesięcy zajęło mi, aby dojść do siebie tzn. nie myśleć ciągle o kolejnej ciąży. Po kilku miesiącach uznałam – co ma być to będzie. I wtedy znów zobaczyliśmy pozytywny wynik testu ciążowego. Z emocjami na wodzy chowaliśmy tę informację w sercach. Kilka dni wcześniej byliśmy w Tatrach i już coś podejrzewałam – okazało się, że wtedy był już z nami Karol, nasz syn, który miał się narodzić w przyszłym roku. Pojechaliśmy na wycieczkę do Paryża a ja ciągle myślałam o tym, czemu boli mnie brzuch, a jak nie bolał – to czemu przestał. Po takich doświadczeniach człowiekowi trudno zachować spokój. Zaraz po powrocie z Paryża pojechaliśmy do lekarza na badanie USG. I wtedy zobaczyliśmy nie jedno, ale dwa jaja płodowe. Radość wielka, wielka ekscytacja. Po tygodniu powtórzyliśmy badanie i na USG widoczne były już 3 pęcherzyki, ale tylko jeden zarodek… i bijące serduszko. Płakałam jednocześnie ze szczęścia i z rozpaczy – z rozpaczy za straconą dwójką dzieci, a ze szczęścia – bo widok bijącego serca naszego dziecka był nie do opisania. Jednak przeważał smutek, cieszyliśmy się ale jednak chowaliśmy w sercu tęsknotę za kolejnymi utraconymi dziećmi. I lęk, że to też nas przedwcześnie opuści. Tygodnie mijały i przychodziły kolejne wizyty lekarskie. Przed wizytą bardzo się stresowaliśmy, mąż siedział jak na szpilkach, ja byłam kłębkiem nerwów. Lecz na kolejnych wizytach niezmiennie okazywało się, że nasze dziecko jest zdrowe i rozwija się prawidłowo. Po dziewięciu miesiącach oczekiwania na świat przyszedł nasz syn – Karol – urodzony do wody, w ciszy i spokoju. Wyczekany, ukochany syn, brat swojej czwórki rodzeństwa, która go poprzedziła.

Zdjęcia naszych dzieci stoją w pokoju Karola, bo to jest także ich pokój. Nasze dzieci na zawsze mieszkają już w naszych sercach. Są zawsze z nami. Doświadczenie ich przedwczesnej utraty umocniło nas jako małżeństwo i dało poczucie, że poradzimy sobie ze wszystkimi problemami. Teraz jesteśmy wsparciem dla innych par, które doświadczają podobnych utrat. A jest ich, niestety, bardzo wiele.

 

Ten wpis otwiera nową kategorię na blogu. Jest nią „Trudne rodzicielstwo”. Jeśli chcesz podzielić się doświadczeniem straty dziecka, trudnymi staraniami o poczęcie, walką, które przeszłaś będąc w ciąży, by ją zachować lub problemami zdbaniem o to Wasze dzieciątko rosło zdrowo, to skontaktuj się ze mną wysyłając maila – ewa@laboratoriumwiezi.pl

Jeśli tematy małżeńskie Cię interesują, to zapraszam Cię do grupy kreatywnych, życzliwych kobiet, które wspierają się nawzajem i motywują – GRUPA LABORATORIUM WIĘZI.

Link do poprzedniego artykułu Angeliki znajdziesz TUTAJAle zanim tam przejdziesz, zostaw proszę kilka słów komentarza.

 

  • Ewa

    Witam. Przeszłam przez podobną historię. Choć poroniłam „tylko” raz, nigdy tego nie zapomnę. Akurat byliśmy poza miejscem zamieszkania, u znajomych. Kiedy, obawiając się najgorszego, w środku nocy pojechaliśmy do szpitala, trafiłam na oschłą lekarkę, która nawet nie pozwoliła mojemu mężowi zostać przy mnie. Zrobili mi zabieg. Kiedy tuż po przebudzeniu zapytałam pielęgniarkę, gdzie jest moje dziecko, pokazała mi plastikowe pudełko i zapytała – „Jakie dziecko? te wyskrobiny?” … Coś we mnie wtedy umarło po raz drugi. Na szczęście, udało się nam pochować naszego synka. Ma grób, który czasem odwiedzamy. Ma imię i nazwisko. To wydawało się nam normalne – miał przecież rodziców, którzy chcieli go pochować. Nie dla wszystkich normalne. Nasze rodziny nie pytają o to, nigdy nie byli na Jego grobku. Nie byli na pogrzebie. Kiedy miesiąc po Jego stracie pojechaliśmy do naszych rodziców na Boże Narodzenie, nikt o nic nie zapytał. Wtedy znów coś we mnie umarło. Potrzebowałam tego. Rozmowy. Współczucia. Tego, żeby ktoś potraktował Go osobowo, jak człowieka, którym przecież był. Takie umieranie powtarza się, gdy rodzina dziwi się, że nie przyjeżdżamy na groby dziadków z okazji Wszystkich Świętych albo kiedy wspomnimy o Michałku, a oni nie wiedzą o kogo chodzi… Co jest z naszym społeczeństwem? Czemu tak trudno uwierzyć, że dziecko z bijącym sercem jest dzieckiem naprawdę, choć mierzy i waży tak niewiele? Czemu tak trudno o tym mówić? Najłatwiej udawać, że nic się nie stało.

    Ta historia miała miejsce pod koniec 2013 r. Obecnie jestem mamą drugiego synka – niedługo skończy dwa lata. Kocham go nad życie. Myślę, że Bóg z jakiegoś powodu wtedy zabrał mi to dziecko. Czasem myślę, że na to zasłużyłam. Czasem, że wtedy nie byłabym dla Niego dobrą mamą. Innym razem, że to po to, by teraz mieć wrażliwość na takie sytuację. Gdyby Michałek wtedy się urodził, dziś nie byłabym mamą Mikołaja. Są w życiu takie sytuacje, w których zostaje tylko Bóg, i nic więcej nie pomaga. Choć może byłoby łatwiej, gdyby inni ludzi, zwłaszcza bliscy, wykazali trochę więcej empatii. Ja i mój mąż, wtedy, 3,5 roku temu, czuliśmy się bezbronne i bezradne dzieci, które muszą sobie same poradzić z czymś, co je przerasta. Na szczęście, to nas zjednoczyło jeszcze bardziej.

    Dzięki za Twój tekst. Dzięki za to, że i ja mogłam napisać coś od siebie. Na co dzień z nikim, oprócz męża i czasem przyjaciółki, która też przeżyła poronienie, o tym nie rozmawiam. Staram się iść do przodu i nie rozpamiętywać. Choć czasem dopada mnie nostalgia. Kilka dni temu przeglądałam na komputerze męża foldery ze zdjęciami. Trafiłam na folder „Michałek” i zawahałam się. Otworzyłam. Zdjęcie testu z wynikiem pozytywnym, potem zdjęcie z USG, a na końcu zdjęcia małej białej trumienki i grobu usypanego z ziemi z bukietem z margeritek. Popłakałam się. To było całe Jego ziemskie życie.

    • Ewa Arendarczyk

      Dziękuję Ci za Twoją historię i za to, że miałaś odwagę ją opowiedzieć. Wiele kobiet przeczytało ten artykuł i nie zostawiło komentarza. To trudne wspomnienia, ale może wyniknąć z nich również wiele dobrego. Pogłębienie relacji małżeńskiej, docenienie macierzyństwa, gotowość do szczególnej opieki i troski wobec własnych dzieci oraz refleksja nad tym, co najważniejsze. Myślę, że w Waszym przypadku to się stało! To nie Bóg zabiera dziecko, nie obdarza złem, ale nie zawsze następuje prawidłowy rozwój, czasem zdarzają się infekcje, choroby, które powodują śmierć maleństwa. Gratuluję Waszej dojrzałości w zabieganiu o pogrzeb maleństwa. W rodzinie warto zaczynać takie rozmowy, bo ludzie nie umieją zareagować, rozmawiać, nazywać uczuć. To Wy możecie ich tego nauczyć. Cieszcie się Waszym dzieciątkiem, któremu możecie towarzyszyć w rozwoju. Macie dwoje dzieci. To wielka radość! Życzę Wam dużo nadziei, niech Wasza miłość się umacnia 🙂

      • Ewa

        Dziękuję.

Mobile version: Enabled

LOGO_LW_CZARNEPrzypuszczam, że masz dość ciągłego starania się o poprawę relacji?
Być może oczekujesz już tylko tego, by mąż/partner zaangażował się
po prostu w pomoc w obowiązkach domowych, odprowadzaniu dzieci, odrabianiu lekcji i … ? Masz dość ciągłych próśb, powtarzania tego, co trzeba zrobić. Ciągłe odwracanie się głowy Twojego męża w stronę ekranu komputera wyprowadza Cię z równowagi i masz ochotę powiedzieć BASTA. Jesteś zmęczona, zła i czujesz, że przekroczyłaś już granicę swojej wytrzymałości….

Dobrze trafiłaś! Pokażę Ci jak z tego wyjść, żeby poczuć znów radość, pokój serca i cieszyć się życiem. Pomogę Ci dbać relację i pomóc Ci rozwiązywać pojawiające się problemy.
i otrzymaj bezpłatny pakiet korzyści:

Rabat 40 zł na 1h konsultacji online
oraz
Kalendarz miłości – uniwersalne narzędzie
do budowania nawyków. Czytasz, działasz i cieszysz się efektami!
Jest ekscytująco, ciepło i znów widzisz podziw w oczach współmałżonka.

Powered by WordPress Popup


Warning: simplexml_load_string(): Entity: line 1: parser error : Start tag expected, '<' not found in /domains/laboratoriumwiezi.pl/public_html/wp-content/plugins/soslider-social-slider/handlers/facebook/init.php on line 173

Warning: simplexml_load_string(): Not Found <br /><a href="http://www.facebook.com/">Back to Facebook.</a> in /domains/laboratoriumwiezi.pl/public_html/wp-content/plugins/soslider-social-slider/handlers/facebook/init.php on line 173

Warning: simplexml_load_string(): ^ in /domains/laboratoriumwiezi.pl/public_html/wp-content/plugins/soslider-social-slider/handlers/facebook/init.php on line 173

Warning: Invalid argument supplied for foreach() in /domains/laboratoriumwiezi.pl/public_html/wp-content/plugins/soslider-social-slider/handlers/facebook/init.php on line 174